Dublin 1

DSCN1563Centrum Dublina dzieli rzeka Liffey na część północną i południową. Wcześnie rano, gdy pierwszy raz wysiadłam z autobusu przy O’Connell streat od razu poszłam na bulwar. Dublin to miasto mostów i pubów, a także pięknych kościołów i muzeów. Stolica Irlandii jest jedną z najmniejszych w Europie, ma zaledwie 500 tys. mieszkańców. Jest bardzo kompaktowa, wszystkie atrakcje można zaliczyć w parę godzin, ale warto cieszyć się tym miastem w stylu slow, bo naprawdę panuje tu niezwykle miła, relaksująca atmosfera.
Powyżej – Penny Bridge – most z 1812, który jest symbolem Dublina. Za przejście z jednego brzegu na drugi była pobierana opłata, pół pensa, stąd nazwa mostu. Penny Bridge prowadzi prosto do największej atrakcji Dublina, czyli Temple Bar, za parę godzin zapełni się więc tłumem turystów.

Zanim ruszyłam w miasto dobre pół godziny cieszyłam się z porannego słońca nad Liffey, czas płynął jakby wolniej, nie było jeszcze turystów, jedynie skrzydlate bractwo co jakiś czas donośnym wrzaskiem zapowiadało nowy dzień.

Nie mogłam sobie darować porannego targu owocowo – warzywno-kwiatowego, mieszczącego się w zabytkowej hali z 1982 roku.

A potem ruszyłam w miasto, wraz z całym tłumem ludzi. Turystów jest tu jednak zdecydowanie mniej niż w innych europejskich stolicach, wielokulturowość też nie jest tak zauważalna jak np. w Paryżu czy Berlinie.

DSCN1571

To akurat co powyżej, to nieprawda, przynajmniej nie na pierwszy rzut oka, raczej przeciwnie. Może jednak coś w tym jest…

Umarł na pewno jeden kościół, przerobiony na pub. Jest teraz jedną z atrakcji Dublina pod nazwą po prostu The Church. Gwar dopadnie go wieczorem.

Temple Bar to dzielnica biorąca nazwę od sir Wiliama Temple, który wykupił ten teren na początku XVII wieku, a słowo bar oznacza ścieżkę nad rzeką. W latach 80 i 90 XX w powstała tu duża liczba rozmaitych atrakcji kulturalnych i pubów, które już od rana znajdują swoich amatorów, ale prawdziwe życie zaczyna się tu po północy. O pubach będzie pewnie w moich relacjach jeszcze nie raz, skoro już zaczęłam w Irlandii pić piwo:)

DSCN1609

” They lived and laughed and loved and left” 

Malahide/Portmarnock

DSCN1542

Zakochuję się w Irlandii, a to będzie oznaczać potem wielką tęsknotę.

Wyobraźcie sobie piętrowy autobus, który pruje z niezłą prędkością tym lewym, wąskim, brązowym pasem. Na górnym poziomie siedzę ja i z radością przyjmuję odgłos gałęzi walących o dach, jak już pisałam – drogi wąskie i obsadzone gęsto drzewami. Te zdjęcie zrobiłam przez przednią szybę

Dzisiaj reset na krótko znów nad Morzem Irlandzkim. Było cudnie, ciepło, ale nie upalnie. Wiatr rozwiewał włosy wraz ze stresem. Tego mi było trzeba !

Wzdłuż wybrzeża wspaniała promenada.

DSCN1526

 

DSCN1540

A dalej piękna plaża.

DSCN1533

Dzisiaj widziałam sporo kąpiących się ludzi, ja zapomniałam wziąć z domu kostiumu,  muszę tu kupić i popływać w Morzu Irlandzkim.

DSCN1551

A czy widzicie te chmury, czy czujecie to powietrze ?

Mam bardzo wrażliwe gardło. Gdy mówię codziennie głośno do grupy ludzi zupełnie mi wysiada. Zamówiłam w firmie mikrofon, ale póki co, leczę się zaciągając tą wspaniałą bryzę.

cdn.

 

Czy jedzie z nami Guinness ?

DSCN1505

Na jego punkcie wszyscy mają tu bzika, moi turyści i ja również. Ostatnio jechał ze mną na wycieczkę 🙂
Muszę szczerze wyznać, że moje życie obecnie zupełnie nie jest slow, takie są tylko krótkie chwile wyrwane z ciężkiej pracy. Kupuję wówczas bilet na podmiejski autobus, przeważnie 102 i jadę nad Morze Irlandzkie na krótki reset. Zajmuję drugi poziom i  sama jazda sprawia mi już przyjemność, oglądam z góry zielone wioski z małymi domkami. Sielskie klimaty. Co jakiś czas słychać natomiast walenie gałęzi o karoserię, drogi są bowiem wąskie, a drzewa przy nich okazałe, nikt ich chyba nie podcina.
Załączam parę zdjęć z mojej ulubionej trasy do Malahide.

DSCN1520Przestrzeń i zieleń, a czasem złoto zbóż jak powyżej, widoczek jak z Polski, mój ulubiony o tej porze roku 🙂
Seabury to maleńka miejscowość na trasie, nad morzem. Woda zadziwiająco ciepła, ale nikt nie pływa. Dno kamieniste, mało przyjazne. Za to wiatr i zapach łąk..

DSCN1513

 

cdn:)

Irlandia – pierwsze wrażenia

Przepraszam wszystkich, który czekali na pierwsze wpisy, ale jestem na razie bardzo zajęta, przypominam, że mam tu pracę a nie urlop.( Koordynuję grupy niemieckich turystów. )Zawsze jednak w tym fast jest moje slow i tym chętnie się dzielę. Dzisiaj mój piąty dzień na zielonej wyspie. Trzy zdjęcia powyżej zrobiłam z samolotu. Zielono jest tu naprawdę.
Mieszkam w przemiłym hotelu na północy Dublina, blisko lotniska, jak utrzymają się pierwsze naprawdę świetne doświadczenia, chętnie ten hotel polecę.

Absolutnie nie znosiłam piwa, w swoim już niekrótkim życiu wypiłam dosłownie parę, Jestem smakoszką dobrych win, tu spróbowałam jednak słynnego guinnessa, tak jak zawsze próbuję wszystkiego co lokalne i…jestem zadziwiona. Chyba irlandzka piwna gorączka mi się udzieliła, mój pierwszy guinness sprawił mi miłą niespodziankę i jestem po jego stronie, przynajmniej tu, w Irlandii 🙂  Wypiłam go w pięknym pubie, jakim jest wspaniałe hotelowe lobby mojego miejsca zamieszkania  i w cudownym towarzystwie, więc jak mógł nie smakować ?
Krótko pierwsze wrażenia :
– Irlandczycy wszędzie przemili, w tym „irlandzcy Polacy”, na razie jednak spotkałam ich niewielu ( w pracy nikogo z Polski, pracuję z Włochem, Niemcem i „irlandzką Niemką”)
– Jest dość drogo, ale bez przesady
– Zielono i słonecznie, od pięciu dni zero deszczu !
– Trawa pachnie niesamowicie, zwłaszcza jak się jedzie przez wioski przy otwartych oknach
– Trzeba mieć ciągle przy sobie sporo bilonu, wokół pełno automatów do wymiany. Jest przyjęte, że np. kierowcy i inna obsługa nie wydają reszty
– Ruch lewostronny wydaje się bardziej logiczny ( przerabiałam go ostatnio na Cyprze)
– Powietrze obłędne, wyjechałam z chorym gardłem i już jestem ( bez leków) zdrowa
– Parę nowych dla mnie rzeczy do jedzenia przy śniadaniu, np. irisch pudding z krwi i jakiś ziaren, całość zapieczona. Jeszcze nie próbowałam, bo nie mogłam sobie na razie pozwolić na ew. rozstrój żołądka, ale może wkrótce…:) Moja wegetariańska natura zawsze przegrywa w takich wypadkach z dziecinną ciekawością nowych smaków.
– Komunikacja podmiejska świetna i dość tania ( szczegóły wkrótce)

„Slancze”! znaczy ( po irlandzku ) „na zdrowie”, może wymyślił ten toast jakiś Polak aby w ten sposób zaklinać słońce ? :)))

cdn.:)

Gordyjski węzeł i celtycki splot

Kot śpi w walizce, co zawsze oznacza wyjazd.
Jutro wylatuję na 3 miesiące do Dublina, taki mam kontrakt, taką destynację wybrałam. Czy będę żałować, że jednak nie w jakimś słonecznym miejscu ? Może, ale chciałam przecież poznać Irlandię, a właściwie marzyła o tym moja córka, która mnie odwiedzi.
Mam do rozwiązania trudną sprawę prywatną, prawdziwy węzeł gordyjski, chciałam przyjrzeć się wszystkiemu z dystansu i oto lecę.
Będę  koordynować grupy niemieckie, wraz z pewnym Włochem, którego jeszcze nie znam.
Obłożyłam się książkami, przez ostatni miesiąc czytałam Yeatsa ( słynny irlandzki poeta – noblista)  i wracałam do Joyca. Jego tropy odnalazłam w miłej książce naszego konsula w Irladnii – Ernesta Brylla i jego żony Małgorzaty. Jak tam będzie …?

 

DSCN1470

Koniec w połowie ( sezonu)

DSCN1350

Moja praca w Krakowie dobiega końca. Czas na krótkie podsumowanie:

– „Nowy sezon, nowe rozdanie” – polecam to hasło w turystyce. Czasem hotele o gorszej reputacji potrafią zaskoczyć pozytywną zmianą, trzeba dać im szansę.

– Personel w części obiektów niedoszkolony, choć miły. Ciągła rotacja pracowników spowodowana kiepskimi zarobkami. Coraz więcej w obsłudze cudzoziemców.
Na szczęście są hotele, w których właściciele i kadra kierownicza potrafią stworzyć świetną atmosferę dla pracowników i turystów, a dobra energia zawsze wraca, także w postaci wymiernych korzyści finansowych.

– Dramatycznie długie kolejki na pogotowiu przez cały sezon, a turyści łamią się, mają zawały, udary i po prostu chorują, służbie zdrowia dolega przewlekły brak personelu, za to pomoc, jak w końcu się jej do czeka – na najlepszym poziomie.

– Krakowska policja niezawodna – znajdzie każdego i wszędzie,  choćby trzeba było sprawdzić nawet krypty na Wawelu, podobnie w Zakopanem, znajdą nawet za kopą.

– Skarga sezonu : ” za dużo ludzi w mieście, męczący tłok”

– Anegdota sezonu: Gender trafia na recepcję. Pilot, który nieudolnie chciał powiedzieć komplement młodej recepcjonistce z czarnym puszkiem pod nosem, omal nie trafił do sądu, „Wąsik w sądzie” – tego jeszcze nie było !

– Pytanie sezonu : ” czy Planty są po to aby turyści mogli trafić do centrum ?”

– Osoby z zanikami pamięci zawsze podróżują same, może zapominają kogoś zabrać?

– Niemieccy turyści rozczulają się przy informacji, że osoby 70+ jeżdżą u nas bezpłatnie komunikacją miejską. Ogólnie jednak z polskimi emerytami chyba by się nie zamienili

–  W mieście mnóstwo rowerów, za to prawie wcale nie ma ścieżek rowerowych

– Czołowe danie kojarzone z kuchnią polską to nadal ruskie pierogi,” czy przejęliśmy je wraz z komunizmem ?” – pytają dociekliwi smakosze

– ” Czy na msze do Dominikanów chodzą ludzie czy turyści ” ?

– „Kraków perłą Europy” – czy w tym jest jakaś przesada ? Nie, chyba nie, odpowiadam  zakochana po uszy w swoim mieście. Festiwale, wystawy, koncerty. Owszem, są i rzeczy za które wstyd i które denerwują, ale ideałów nie ma.

Po co więc jadę do…Dublina ? O tym wkrótce.

Rena

Gdyby chciała, gdyby się skupiła jeszcze jeden dzień, dożyłaby pełnych 100 lat, ale zawsze była bardzo niezależna i tym razem widocznie również uznała, że zrobi psikusa i właśnie zabierze się stąd dzień wcześniej.

Poznałam ją gdy miała 70 lat, więc przyjaźniłyśmy się całe trzydzieści ( !) i zawsze duchowo była jedną z młodszych moich znajomych, kto ją znał, na pewno był pod urokiem jej witalności, bystrości umysłu i mnogości zainteresowań. Imieniny obchodziła przez minimum 3 dni, aby w pięknej kamienicy, w niedużym mieszkaniu pełnym pamiątek, ugościć wszystkich przyjaciół. Poznałam przy okazji tych spotkań wielu znamienitych Krakowian, powszechnie znanych, prywatnie uroczych. Rena miała dar skupiania ludzi wspaniałych i znalezienie się w tym kręgu było wielkim zaszczytem i przyjemnością.
Była singielką z wyboru, wyprzedziła w tym epokę.

Przechwytywanie

Trzydzieści lat temu poznałam ją w Afryce, na zdjęciu Rena po lewej – na promie  z Dar es Salaam ( Tanzania) na Zanzibar, który był wówczas miejscami naprawdę dziewiczą wyspą. Jej zdrowie piliśmy z okazji imienin ( Ireny) nad Ngorongoro specjalnie zabraną przez nią z Polski domową nalewką ( !).

Podróże były jej największą pasją. Często oddawała nam pod opiekę któregoś ze swoich uroczych, charakternych psich przyjaciół, których przygarniała z ulicy Kałuży.
Żyła skromnie, dzieliła się z innymi tym co miała, przede wszystkim jednak ze zwierzętami i to nie tylko w Polsce. Potrafiła gotować zupę psom w Indiach twierdząc, że nawet najbardziej przerażająca bieda ludzka jest niczym w porównaniu z cierpieniem zwierząt. Stada wychudzonych psich nieszczęść ciągnęły za Reną gdziekolwiek była, przeczuwając w niej wielkie serce.
Miała także wielką klasę, poczucie humoru i olbrzymią radość życia. Podróżowała jeszcze wieku 95 lat !

Rena, Ty i mój kot mieliście być  nieśmiertelni, tak mówiłaś …